sobota, 27 lutego 2016

This is it. Lot, orientation, pierwsze dni.

Dzieeeń dobry, tęskniliście? Widzę, że całkiem ładnie sobie radziliście podczas mojej nieobecności, statystyki poszły w górę, fejm się zgadza. W każdym razie jestem, leżę na moim nowym łóżku, w moim nowym pokoju, z widokiem (tak, tak- mam okno. Ba, mam nawet dwa okna!) trochę bardziej przypominającym norweski niż amerykański i zaczynam to, co wychodzi mi najlepiej- przepisywać wszystkie myśli, wrażenia i emocje na słowa i strasznie będzie super, jeśli zechcecie mi w tym towarzyszyć. Gotowi? No to lecimy.

Lecimy całkiem dosłownie. Samolotem z Warszawy do Nowego Jorku. Opóźnionym o godzinę. Z mało przyjazną obsługą, która nie chce zrozumieć, że prawie 10 kilo, to tak naprawdę 8 kilo (wiem, wiem- moja wina, ale udało się, wszystko wzięłam, nic nie płaciłam). Zostawiamy płaczącą mamę, trzymającego fason tatę i wujka każącego zrobić sobie zdjęcie z walizką (tak, pożegnanie było bardzo januszowe). I lecimy. Oglądamy film. Jemy łososia, jeśli lubimy, jeśli nie to kurczaka z ryżem. Zasypiamy na bondzie (nie jestem pewna, czy to najlepsza reklama).

Gdy w końcu doleciałam czekały mnie najgorsze dwie minuty w Stanach jak do tej pory. Rozmowa z celnikiem przy wyjeździe jako au pair powinna przebiegać łatwo, szybko i przyjemnie. Och, dear, nie tym razem. Ogromny pan spojrzał na mnie znudzonym spojrzeniem i zadał jedno, z pozoru banalne pytanie. How long do you want to stay in United States? Na moją zaspaną i przerażoną twarz założyłam mój najszerszy uśmiech i piękną angielszczyzną odpowiedziałam- I will be here for one year, sir. No i się zaczęło. „One day? You can't stay here for one day on your J-1 visa!” „No sir, I said one YEAR.” I tak w kółko, one day, one year, one day, one year, moja twarz robiła się coraz bledsza, a w głowie kołatała się jedna myśl „well done, Karo, gratulacje, wypierdolą cię ze Stanów na bramkach, bo twój akcent ssie.” Pan celnik najwyraźniej bawił się świetnie, a gdy przepychanka day-year już mu się znudziła, zauważył w paszporcie mój kraj pochodzenia i zaczął mówić do mnie po polsku. Znaczy wiecie- mówić. Dużo powiedziane- mówić. W całym moim skupieniu i przerażeniu nie byłam w stanie zrozumieć, co on tam sobie mamrotał. W końcu jednak zlitował się, kazał odbić palce tylko jednaj ręki, jeszcze raz spojrzał na mnie tym swoim znudzonym spojrzeniem i machnął ręką. Wolałam nie upewniać się co to znaczy, złapałam paszport i pognałam do przodu sama mamrocząc pod nosem „enjoy your stay in United States”.

Ale już siedząc w autobusie, razem z innymi au pairkami, wcale nie byłam pewna, czy będę go tak bardzo enjoy. Byłam śpiąca, zmęczona i w dalszym ciągu przerażona, więc jedyną myślą w mojej głowie było „Karo, na chuj ci to było?” Będąc jednak, mimo wszystko, mądrą i rozsądną dzierlatką, przestałam się nad sobą rozczulać, bo przecież bardzo dobrze wiem, że nie ma odwrotu. I że tak naprawdę, to wcale go nie chcę.

Orientation. Zrobię teraz coś niesamowitego, wyjawię najlepiej skrywaną na świecie tajemnicę. Poważnie. Pokaże wam zdjęcie planu zajęć na orientation, żebyście nie zachodziły w głowę (tak jak ja przed wyjazdem) i nie przetrzepywały blogów w poszukiwaniu informacji na temat tego, o czym się tam w ogóle mówi. Teraz już wiecie, nie musicie dziękować. A zabierając głos w dyskusji ciekawe-nieciekawe, potrzebne-niepotrzebne powiem: ciekawe i potrzebne. Może pomijając to, że na kursie pierwszej pomocy będą wam pokazywać, jak myć ręce. Serio. Cała reszta jest naprawdę interesująca, a jeśli traficie na zajęcia z Joan i jej #truestories przez całe trzy dni będziecie zachodzić w głowę, jak to możliwe, że ona cały czas mówi o was. Złota kobieta, naprawdę. A, i jedzenie też jest wspaniałe, wbrew temu co się naczytałam przed wyjazdem. Tak więc wyjeżdżajcie z APiA.

Jestem szczęściarą i w pokoju trafiłam na przesympatyczne dziewczyny z Brazylii i Namibii. Szczęściarą, bo w opowieściach moich koleżanek było różnie, oprócz tego jest to ten moment w którym strzelę wam pogadankę. Otóż wiecie, orientation to takie miejsce i czas, gdzie przeżyłam mój pierwszy szok kulturowy. Ponad 120 dziewczyn, z kilkudziesięciu krajów i ja z jet lagiem, permanentnie niewyspana to naprawdę nie jest dobre połączenie. I te dziewczyny były różne. Były miłe i mniej miłe, z lepszym i gorszym angielskim. I to wszystko było ok (chociaż przyrzekam- jeśli w ciągu najbliższych dwóch tygodni ktoś wypowie przy mnie słowo po francusku, to nie ręczę za siebie!) Ale to jakoś tak mocniej niż do tej pory uświadomiło mi, że nie jestem pępkiem świata. I gdy moja współlokatorka z Brazylii zapytała mnie „Karolina, gdzie tak właściwie jest Polska? To gdzieś w Europie, prawda? Macie tam dość zimno?”, to naprawdę miałam ochotę ją wyściskać ze wzruszenia, że wie cokolwiek o moim kraju. Bo tak naprawdę sama myśląc Brazylia widziałam tylko Rio de Janeiro, karnawał, Diego Maradona. I chwilę zajęło mi uświadomienie sobie, że ten ostatni to Argentyńczyk i że to naprawdę nie jest to samo. Informacji o Namibii szukałam w googlach. Zdecydowanie nie jestem pępkiem świata i nie mam prawa wymagać, żeby ludzie z drugiego końca świata wiedzieli gdzie jest Polska.

Zamykając temat orientation jeszcze słówko o wycieczce do Nowego Jorku na którą w ostatniej chwili zdecydowałam się pojechać. Miałam pecha i pogoda była fatalna, wiało, lało i pizgało, a mgła była taka, że wyjazd na Top of the Rock oznaczał 25$ wyrzuconych w błoto. Mimo wszystko jednak- to jest MIASTO. I jeśli ktoś zastanawia się jechać-nie jechać, wydawać kasę- nie wydawać, to mimo że sam format wycieczki podobał mi się umiarkowanie, to polecam. Jeśli wylądujecie w Kalifornii same prędko nie zobaczycie Nowego Jorku. Jeśli wylądujecie tak jak ja- godzinę drogi metrem, to jednak fajnie będzie nie wysiadać na Grand Central z przerażeniem w oczach, tylko jednak mimo wszystko odrobinę się orientować. Ale to tylko moja opinia.

Ach, nie, to jednak nie koniec z orientation, jeszcze jedna króciutka historia, którą bardzo chcę sobie zachować. Otóż moja cudowna host rodzina przygotowała dla mnie paczkę w hotelu, jednak przez jakieś śmieszne zawirowania nie otrzymałam jej w poniedziałek wieczorem po przylocie, tylko dopiero w środę rano. W paczce był liścik i dużo dobroci, których szczerze mówiąc jeszcze nie skosztowałam, bo jak już wspominałam, karmiono nas tam nieźle. Jednak wiecie co w tej paczce przyprawiło mnie o największe łzy wzruszenia? Dwie półlitrowe butelki wody niegazowanej. Tak. Butelkowana woda źródlana była spełnieniem marzeń nawet dla mnie- człowieka który normalnie nie tyka się wody bez bąbelków. Wystarczyły dwa dni picia potwornej, chlorowanej wody z dystrybutora na końcu sali. Teraz już prawie tydzień jadę na kranówie i wiecie, prawie mi z tym dobrze.

Dobra, ale wiem, że przecież na to czekacie najbardziej. Jak rodzina? Sytuacja po pierwszych dwudziestu czterech godzinach wygląda tak, że bardzo mi tu dobrze. Wszyscy są supermili, obchodzą się ze mną jak z jajkiem i trochę mi głupio, bo czuję się jak na wakacjach. To prawdopodobnie się zmieni, a mały C. jeszcze nieraz da mi popalić, ale piątkowe wspólne jedzenie pizzy i oglądanie Idola to naprawdę dobra rzecz. I dobry znak na przyszłość.

Będzie dobrze. 

11 komentarzy :

  1. Tak bardzo, bardzo czekałam na ten wpis! Cały czas zastanawiałam się jak tam Ci poszło na lotniskach itd. Jestem jednym z tych ludzi, którzy cieszą się szczęściem innych. :)
    Czekam na kolejne wpisy!
    Trzymaj się! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jest mi teraz jeszcze bardziej supermiło, przeogromnie dziękuję za takie komentarze- uskrzydlają!
      pisać na pewno będę, z tym że z całą pewnością nie będą to już dwa wpisy tygodniowo. postaram się, żeby był przynajmniej jeden wpis na tydzień, bardzo chciałabym pisać 3 teksty na dwa tygodnie, ale jednak prawdą jest to co czytałam na blogach- tyle się tu dzieje, że gdy w końcu siadam z zamiarem napisania czegoś, to najzwyczajniej w świecie zasypiam.

      Usuń
  2. Czekałam na ten wpis :) Super, powodzenia! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. ogromnie dziękuję i za komplement i za życzenia! I bardzo się cieszę z twojego PM, nie mogę się doczekać, aż zdradzisz gdzie wylądowałaś! :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo podoba mi sie to c ok napisalas-ze nie jestesmy pepkiem swiata i ta wielokulturowosc bardzo uczy nas pokory. Powodzenia :D.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo podoba mi sie to c ok napisalas-ze nie jestesmy pepkiem swiata i ta wielokulturowosc bardzo uczy nas pokory. Powodzenia :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki! myślę, że podróżowanie uczy też wielu innych rzeczy, ale pokora jest jedną z ważniejszych:)

      Usuń
  6. Super ze dotarlas i jestes u rodziny juz! Jak Ci leci ? :D Powodzeniaa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w weekend w zasadzie nie pracowałam, więc szczerze mówiąc boję się jutra :D

      Usuń
  7. Muszę dużo nadrobić, bo widzę, że dzieje się u Ciebie dużo :)
    anxiety

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak dużo, że sama momentami nie nadążam :))

      Usuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka