sobota, 13 sierpnia 2016

O tym, dlaczego jeszcze nic.

Ci z was, którzy śledzą mnie na insta czy snapie wiedzą, że niedawno byłam na wakacjach. Ci z was, którzy czytają mnie regularnie i wiedzą, jak szybko po powrocie dodaję wpisy podróżnicze dziwią się zapewne, dlaczego do tej pory taka cisza na blogu. Otóż odpowiadam.

Kryzys mam. Podróż była niesamowita i chyba najlepsza jaką w życiu odbyłam, ale odkąd wróciłam nie czuję się na siłach by dobrze o niej opowiedzieć. W zasadzie nie czuję się na siłach, żeby wstawać rano z łóżka i robić rzeczy, ale to trochę inna historia. Moim największym marzeniem na ten moment jest to, żeby moja host rodzina wyjechała gdzieś na weekend i zostawiła mnie home alone. Średnio to możliwe, bo do października mieszkamy z dziadkami. Średnio to bezpieczne, bo doskonale wiem, że taki weekend jestem wstanie przeleżeć cały w łóżku, zwłaszcza że ostatnio odkryłam fantastyczny serial. Więc przynajmniej wstaję i robię rzeczy, bo ludzie patrzą.

Okropnie się to czyta, ale w gruncie rzeczy nie jest tak źle. Nie jest to depresja, troszkę może homesick. Przede wszystkim jednak takie chwilowe zwątpienie w sens. Czego sens? Wszystkiego. Mama napisała mi ostatnio, że to co robię jest niesamowite i że tak wiele osób w Polsce mnie podziwia. Problem w tym, że niesamowite wydawać się to może jej koleżankom, bo ja na facebooku przeczytałam zbyt wiele postów Martyny Wojciechowskiej, żeby nie wiedzieć, że rok w Ameryce, czy samodzielnie zorganizowana podróż po południu Stanów to naprawdę nie jest nic niezwykłego. Ludzie robią fajniejsze rzeczy, podróżują dalej, dłużej, w bardziej fantastyczne miejsca. Ja jestem au pair, życie upływa mi na robieniu śniadań dziecięciu. Które zresztą powinien sobie robić sam, bo na Jowisza, ma już dwanaście lat.

Są też rzeczy, które mnie cieszą. Ostatnio złapałam się na tym, że w końcu, po prawie pół roku, bardzo często myślę po angielsku. Nie cały czas, ale na tyle często, że robi to na mnie wrażenie. Idę do kina na film, w którym mało się dzieje, ale dużo rozmawiają, a ja rozumiem o czym. Czytam najnowszego Harry'ego Pottera i sprawdzam średnio jedno słowo na pięć stron. I to też tylko dlatego, że mi się spodobało i chcę poznać dokładne znaczenie i je zapamiętać, bo na potrzebę lektury wyrozumiałabym z kontekstu. I chociaż ciągle mówię dla mnie tak sobie, dla innych zupełnie nieźle, a na sto procent z bardzo silnym akcentem, to wierzę, że na tym polu też się poprawi. Mam jeszcze drugie pół roku.

A wracając do wpisu z wakacji, to mogłabym, oczywiście, wkleić tutaj masę kiepskich zdjęć i w kilku pojedynczych zdaniach opisać gdzie byłam, co jadłam i ile wypiłam. Pełno jest takich blogów, ten też mógłby. Problem w tym, że mniej-więcej od szóstej klasy podstawówki pisząc, preferuję zdania podrzędnie złożone, a w ogóle to ciągle mi zależy, żeby to miejsce reprezentowało sobą pewien poziom. I chociaż piszę głównie dla siebie, to chcę dla siebie pisać dobrze, bo lubię czytać dobre rzeczy. Więc dajcie mi chwilę, a napiszę czym Teksas różni się od reszty Ameryki, gdzie w Nowym Orleanie jest sklep dla wampirów i może nawet wspomnę o farmie grozy w Nashville. Niech tylko kryzys minie. 

3 komentarze :

  1. Właśnie jutro wybieram się do Nashville...jakieś rekomendacje z twojej strony gdzie iść ? co zobaczyć? A i najlepszym sposobem na depresje powakacyjną jest planowanie kolejnych podróży! nawet tych lokalnych, w moim przypadku sprawdza się to doskonale, bo jest co planować i do czego odliczać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. muzeum Johnny'ego Casha koniecznie! no i oczywiście knajpy z muzyką na żywo, nie pamiętam w której ja byłam, ale na Brodway'u jest ich tyle, że na pewno znajdziesz coś dla siebie. Z kolei słyszałam, że nie warto tracić czasu i kasy na Pantheon, ale sama nie byłam żeby zweryfikować tę informację.

      Usuń
    2. O, nie wiedziałam, że gdziekolwiek na świecie jest muzeum Johnny'ego Casha! Zostanie samej jest chyba jednym z najczęstszych marzeń, które się u mnie cyklicznie powtarza. Choć i tak jestem w dobrej sytuacji bo nie mieszkam w jednym budynku z moja rodziną goszczącą. Ja myślę, że dobrą opcją jest przeleżany weekend. Jak poczujesz, że już dość, to po prostu wstaniesz i pójdziesz dalej :) Aha i jeszcze muszę napisać, że nie mogę przestać słuchać Miuosha od kiedy wrzuciłaś na bloga jego piosenkę. I za to serdeczne dzięki.

      Usuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka