wtorek, 21 lutego 2017

O nim.

Powiedział mi kiedyś, że jestem najmniej romantyczną osobą jaką zna. Nie zaprzeczyłam, bo pewnie miał rację.

Kim dla mnie był? I jak to możliwe, że przez siedem miesięcy, czyli cały ten czas który upłynął od pierwszej kawy do mojego powrotu, ani razu się o nim tutaj nie zająknęłam? Nie wiem. Na pocieszenie powiem wam, że moja host rodzina też o nim nie wiedziała.

Lubiłam go. Lubiłam sposób w jaki śmiał się z mojego akcentu. Lubiłam jak udawał, że sam mówi z brytyjskim. Do akcentów w ogóle miał talent, jego własny, południowy, był prawie niesłyszalny.

Lubiłam to jak na mnie patrzył. I jak mnie widział. A widział lepszego człowieka, niż jestem w rzeczywistości. Mądrzejszego. Inteligentniejszego. Zgrabniejszego. Nie we wszystko mu uwierzyłam.

Lubiłam nasze rytuały. Wakacyjne śniadania na Jennings Beach. Weekendowe maratony "It's always sunny in Philadelphia". Nie znacie? To taki sitcom, całkiem śmieszny nawet. To, że w jego lodówce zawsze czekały na mnie lody waniliowe. I mogłam też wyjadać z jego miseczki.

Czasem mnie wkurzał. Sporo zapominał. Ja pamiętałam nieistotne szczegóły i przytaczałam z pamięci to co powiedział miesiąc temu, on trzy miesiące uczył się mojej daty urodzin. I był pod wrażeniem, że ja od strzała zapamiętałam jego. Naprawdę.

Był do bólu amerykański. Zbyt optymistyczny jak na moją melancholijnie-słowiańską duszę. Bo skąd mógł wiedzieć, że everything's gonna be alright? Chociaż przeważnie było, bo przecież jakie au pairka może mieć problemy? Europa była dla niego plamą między Anglią, a Rosją, z mglistym konturem Francji i Niemiec. Do dzisiaj nie jestem pewna, czy żartował, gdy pytał czy w Polsce są niedźwiedzie polarne.

Najbardziej lubiłam, że mnie lubił. Że mogłam być sobą i przepłakać u niego cały weekend, bo jak co miesiąc dopadł mnie homesick. Trzydziestodniowy. Donosił wtedy lody, chusteczki i koty do głaskania. Szkoda, że na Americasick już niewiele może poradzić.

Więc taką miałam wakacyjną love story. Jak to się skończyło? Wtedy, w październiku - fatalnie. Wkurwił mnie, bo się spóźnił, a ja się spieszyłam. A jeszcze bardziej tym, że mówił to co chciałam usłyszeć, a nie to co chciał powiedzieć.

Odkąd wróciłam gadamy często. Pewnie trochę za często. Głównie dlatego, że filtr króliczka na snapie jest taki przezabawny i super się w nim śpiewa piosenki. Bo te nasze rozmowy to głównie takie heheszki, what's up & good night, darling. Czasem wspominamy stare czasy.

Ostatnio trochę płakałam. Trochę dużo. Teraz już prawie mi przeszło. Jeszcze chwila i będę gotowa, żeby poznać jego dziewczynę.

Don't cry because it's over, smile because it happened. Zawsze mi się wydawało, że to taki wyświechtany frazes. Teraz sama tak myślę. Mądra ze mnie dziewczyna. Nie chcę wracać do Stanów, więc po co mi chłopak z którym nie mogę się pocałować? Lepiej mieć przyjaciela, który zna mnie na wylot, a mimo wszystko ciągle uważa, że jestem fajna. I lubi mnie a lot.

I może tylko trochę żałuję, że prawie nie mamy wspólnych zdjęć. Może nadrobimy, gdy przyleci do Polski.




Kwestia tego czy wracam na bloga pozostaje otwarta.

4 komentarze :

  1. Cieszę się z Twojej postawy w takiej (skomplikowanwej co najmniej) sytuacji. 🙂

    OdpowiedzUsuń
  2. Ewidentnie trzeba gościa dodać do "wszystkich mężczyzn mojego życia"

    OdpowiedzUsuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka