poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Najpiękniejsze miasto w Polsce.

Odważny tytuł, czyż nie? Ale naprawdę, zanim spędziłam prawie osiem godzin w autobusie nie przypuszczałam nawet, że Toruń spodoba mi się aż tak. Przypuszczałam, że będzie spoko, bo w końcu niewiele jest miejsc, które kompletnie do mnie nie przemawiają, a tymczasem okazał się być jedną, wielką, prześliczną pocztówką. I tylko strasznie żałuję, że tak mi do niego daleko.

Czym więc oczarował mnie Toruń?

Spokojem i ciszą. Moją przygodę z tym miastem rozpoczęłam o godzinie 7:30 rano, kiedy to po zabiegach przywracających mnie do stanu oglądalności, a dokonanych w toalecie dworca autobusowego rozpoczęłam mój spacer w poszukiwaniu śniadania. Garstka ludzi na ulicach. Pozamykane sklepiki. Cisza ciągle jeszcze śpiącego miasta. Na początku myślałam, że tak się w Toruniu w soboty imprezuje, że w niedzielne poranki mało kto jest zdolny mierzyć się ze światem. Okazało się jednak, że w poniedziałek i wtorek do godziny mniej-więcej jedenastej da się przejść Szeroką bez notorycznego ocierania o kogoś.



Błękitna walizka w wielkim mieście. Brzmi jak początek przygody!


Cegłą. Wiecie, nowojorskie szklane domy sięgające nieba są niesamowite. Jednak kilkupiętrowe ceglane kamieniczki i wąskie, brukowane kocimi łbami uliczki mają swój niezaprzeczalny urok. I jakie są fotogeniczne! Nic tylko pozować!







Jak już będziecie w Toruniu to wyjdźcie na wieżę ratuszową zobaczyć miasto z góry. Chyba że macie spuchnięte po całej nocy w autobusie nogi, to wtedy też idźcie, ale miejcie świadomość, że spuchną wam one jeszcze bardziej.



Karo pozuje z Toruniem. Oboje ślicznie wychodzą na zdjęciu, co się rzadko zdarza. Karo, nie Toruniowi.



Jedzeniem. Och zaprawdę powiadam wam, turystyka gastronomiczna to najprzyjemniejszy rodzaj podróżowania. W Toruniu jadłam dużo i dobrze, ale kilka miejsc szczególnie zostało w mojej pamięci. Przede wszystkim Kona Coast Cafe gdzie trafiłam na to właśnie pierwsze niedzielne śniadanie, a gdzie zjadłam najlepsze w swoim życiu panini z karmelizowaną cebulą i mnóstwem inszego dobra w środku (i kawę też wypiłam przepyszną, a poza tym byli otwarci już od ósmej, co bardzo ratowało mi wtedy tyłek). Warte wspomnienia są również chińskie pierożki z chińskiej pierożkarni znajdującej się zaraz obok mojego hostelu. W Moose Restaurant zjadłyśmy niedzielny lunch (ja czarny makaron z krewetkami, którego nazwy oczywiście nie potrafiłam wymówić...) To również miejsce w którym po raz pierwszy przekonałyśmy się, że z jakiś powodów w Toruniu zdecydowanie zbyt często nie da się płacić kartą w miejsca w których się tego człowiek absolutnie nie spodziewa, więc serio, pytajcie o to przed złożeniem zamówienia. Nie byłabym sobą, gdybym w Toruniu nie skosztowała lodów - tych całkiem smacznych pierniczkowych z cukierni Lenkiewicz, ale zdecydowanie nie wartych stania w zawijasowej kolejce (chyba że macie szczęście, tak jak ja i kolejka dopiero się ustawia), oraz naprawdę fantastycznych z lodziarni Beza Krówka (która, jak właśnie sprawdziłam, jest sieciówką i ma budki w kilku miastach w Polsce, więc szukajcie, warto!)

Pierożkarnia nazywa się Dim Sum Bar i znajduje się na ulicy Prostej. Nie płacą mi za reklamę, chociaż w sumie szkoda, bo pierożki z kurczakiem i marchewką chętnie zjadłabym jeszcze raz.
 
Pierwszy raz byłam też w Manekinie! Jestem z tej części Polski, gdzie ta naleśnikarnia zupełnie nie występuje. W sumie szkoda.



Piernikami. Wiem, że to też jedzenie, ale ostatni akapit już i tak jest zdecydowanie za długi. Pierniczków kosztowałam z dwóch źródeł - Fabryki Cukierniczej Kopernik (dobre, chociaż bez szału) i sklepu firmowego Żywego Muzeum Piernika (niebo, mówię Wam!) Do Żywego Muzeum Piernika w ogóle warto się wybrać, gdyż niewiele ma ono wspólnego z nudnymi gablotkami i jeszcze nudniejszymi opisami (tak, kogoś tu wielce rozczarowało muzeum podróżników...), za to w zabawny sposób przyswoimy historię tego smakołyku, a na koniec samemu pobrudzimy łapki w mące i wrócimy do domu z naszym bardzo własnym pierniczkiem. Polecam, Karo.



Central Coffee Perks. Ciągle pozostajemy w temacie gastronomicznym. Wiecie, nigdy nie byłam wielką fanką serialu Przyjaciele. Jasne, pewne skecze i gagi znajdowałam całkiem zabawnymi, mniej-więcej znałam bohaterów i widziałam parę sezonów (głównie za sprawą mojego amerykańskiego dziecięcia), ale ominął mnie cały szał na śledzenie losów nowojorskiej grupy przyjaciół. Jednakowoż kawiarnia z kanapą zawsze była miejscem w którym tak jak bohaterowie chciałam przesiadywać całymi dniami. Zwyczajne, na luzie, z dobrą kawą i obsługą która wie co zamówisz. No i toruński Central Coffee Perks trochę taki jest, ale nie do końca. Oczywiście niesamowicie cudownie siedzi się na kanapie do złudzenia przypominającą tę z serialu i sącząc kawę (bardzo dobrą) pochłania wzrokiem kolejne odcinki sitcomu (obiecując sobie, że to już na pewno ostatni i zaraz wychodzimy). Sporym minusem było to, że w wejściu pojawiłyśmy się punktualnie w godzinę otwarcia, z zamiarem zjedzenia tam śniadania, na co obsługa, pomimo widniejącego na tablicy napisu TOSTY, zupełnie nie była przygotowana. Cóż, widocznie wzięli sobie do serca słowa Phoebe, która twierdziła, że kreda to nie jest coś, co możesz tak po prostu zmazać*.



Wisłę. Wiecie, moje życie jest silnie związane z Krakowem i to właśnie odcinek rzeki przepływający przez to miasto jest obrazkiem przychodzącym na myśl na słowo Wisła. Szeroka rzeka z zielonymi bulwarami służącymi do opalania i tajniackiego picia wina. Atrakcja turystyczna z Wawelem nieopodal i pomnikiem smoka. Wstążka poprzecinana co chwilę jakimś mostem, albo kładką. Niekończący się pas ścieżki rowerowej. Wisła w Toruniu jest inna. Węższa, zdaje się płytsza. Zamiast łabędzi są mewy, zamiast połaci trawy - szerokie kamienne stopnie. Fajnie się tam siedzi.





Teatr Baj Pomorski. Och, jaki to jest piękny budynek! Nie potrafię wiele więcej napisać o tej starej szafie skrywającej wejście do Narnii i wszystkich innych znanych z baśni światów. Poważnie, ten kto zaprojektował w ten sposób budynek teatru lalkowego powinien dostać wszystkie nagrody świata i dożywotni zapas Kinder czekolady.


Lew, czarownica i stara szafa. Sami sobie dopowiedzcie kto jest kto.


Pomniki. Wrocław ma krasnale, Łódź ma postacie z bajek, Kraków smoka Wawelskiego, a Toruń Filutka, osiołka, Kargula i Pawlaka i jeszcze parę innych. Wszystkie takie fotogeniczne!




Słowem, fajny jesteś Toruniu! Ode mnie jedenaście na dziesięć pierniczkowych serduszek i obietnica szybkiego powrotu! :)


*zgadnijcie kto po powrocie zaczął oglądać wszystkie sezony od początku, po kilka odcinków dziennie?

1 komentarz :

  1. Widzę, że mamy bardzo podobny gust podróżniczy :) Już dawno nie byłam w Toruniu, ale swojego czasu potężnie eksplorowałam to miasto. Pierniki nigdy nie były moim przysmakiem, więc omijam je z daleka. Natomiast naleśnikarnia Manekin, która zdaje się, że zaczęła swoją działalność w Toruniu a potem dopiero zaczęto otwierać pozostałe w innych częściach Polski - jest absolutnie moją ulubioną. Beza- Krówka jest sieciówką z Kalisza. Ale jeśli chcesz zrobić trip szlakiem lodziarni naturalnych to nie ma lepszego miejsca niż Poznań. Swojego czasu na mojej ulicy były 3 lodziarnie i gazety pisały wręcz o "zimnej wojnie" w Poznaniu. Ale wracając do Torunia to urzeka mnie Krzywa Wieża, brzeg Wisły z cytatami z "Rejsu", Stare Miasto nocą i ruiny Zamku Dybowskiego. Osioł ma ciekawą historię, ale niechlubną. Znajomy z Torunia śmiał się, że turyści traktują osła jak ładny pomniczek, sadzają dzieci i robią zdjęcia a on upamiętnia pręgierz. Z kulinarnych tematów to polecam bar wegetariański Karrotka na Starym Mieście. Zatęskniłam za Toruniem...

    OdpowiedzUsuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka