niedziela, 11 lutego 2018

Pojedziemy na Pomorze, może morze nam pomoże, a jak morze nie pomoże to pomoże może las.

Niedawno w miesięczniku do którego piszę opublikowałam króciutki tekst o tym, co czuje dziewczyna z małopolski, kiedy przeprowadza się nad ocean. Ogólnie czuje wtedy dużo dobra. A tydzień temu mogłam poczuć to znowu. Bo pojechałam nad Bałtyk.

Jeśli robicie bucket listy lub wszelkie inne spisy celi do zrealizowania w życiu, to koniecznie powinniście do nich dopisać przyjście na molo w Sopocie przed ósmą rano, zimą. To jest jakiś kosmos. Jest zimno, pusto i cicho. Wieje. I jest zimno, to chyba już mówiłam. Ale jest tak cudownie przyjemnie, że nie potrzeba nic więcej. W zapomnienie odchodzą wszelkie niedogodności nocnej podróży, opóźnienia pociągów (jakież to banalne!) i współpasażerowie po kilku głębszych. To wszystko traci na znaczeniu, bo jesteście wy i morze po horyzont. A wtedy już na prawdę nie potrzeba nic więcej.

Dobra, po tej chwili kontemplacji, modlitwy (nazywajcie to jak chcecie) i zrobieniu rozbieranych zdjęć (szczegóły poniżej) może się zdarzyć, że zgłodniejecie. Na to też mam radę. Wróćcie na dworzec i odszukajcie maluteńką piekarnio-kawiarnię La Bagatela. O ludzie, ależ oni tam robią kanapki! Potrafią tak czarować, że ktoś, kto normalnie nie lubi awokado (ja) będzie się mocno powstrzymywał przed zamówieniem kolejnej porcji. Zamiast tego zdecyduje się na megaczekoladowe ciasto z kawałkami białej czekolady. Ogarniacie to, ciastko czekoladowe z dodatkową czekoladą? Tak mniej-więcej wygląda moje kulinarne niebo. A nie wybiła jeszcze dziesiąta rano!

Ponieważ dwudniowy wyjazd nad morze z Krakowa musi zakładać niesamowitą lapidarność i zwięzłość, zwłaszcza że lista rzeczy do zrobienia i miejsc do odwiedzenia zdaje się nie mieć końca, pomimo ogromnego niedosytu morskich fal wsiadłyśmy w podmiejską kolejkę powrotną do Gdańska. Tam razem z Ew skierowałyśmy nasze kroki w stronę Muzeum Drugiej Wojny Światowej. Mocna rzecz. Dwie godziny tam spędzone z jednej strony wydają mi się absolutnym minimum, ale z drugiej już one wywołały uczucie przytłoczenia pojawiające się, gdy człowiek zbyt długo myśli o tym, jak świat potrafi być cholernie nieprzyjemnym miejscem i że wciąż niczego nas to nie nauczyło i ciągle jak nie w jednym to drugim zakątku ziemi fundujemy sobie powtórkę z rozrywki. Niemniej jednak jestem zdania, że od czasu do czasu należy sobie o tym przypominać i przez chwilę pobyć w dyskomforcie. To muzeum nadaje się do tego doskonale. Polecam szczególnie, jeśli odwiedzają was goście z zagranicy, może się okazać, że wyniosą z tej wizyty jeszcze więcej niż wy.

Czego nie polecam natomiast to przejażdżka kołem widokowym Amber Sky. Rozczarowanie było tym większe, że miał być to najmocniejszy punkt wyjazdu i był najbardziej przeze mnie oczekiwanym. Tymczasem okazał się najstraszliwszym rozczarowaniem. Wszystko dlatego, że jego najbliższe okolice to obecnie jeden wielki plac budowy i chociaż starałam się ogromnie, to nie udało mi się zrobić żadnego zdjęcia, na którym nie byłoby widocznych fundamentów, niedokończonych budowli, czy w najlepszym wypadku ogromnych dźwigów. Żodnego. Smuteczek, zwłaszcza że za cenę biletu spokojnie mogłam zjeść obiad.

Nie mniej obiad też zjadłam. I to jaki. Tutaj przydała się moja Ew i fakt, że zdarza jej się zaglądać na bloga Kasi Tusk. Inaczej przez myśl nie przeszłoby mi wybierać na miejsce obiadu restaurację w pięciogwiazdkowym hotelu. Przecież skąd miałabym wiedzieć, że w niedziele za 37 złotych można tam zjeść trzydaniowy obiad? I to jaki! Zupa grzybowa z kluseczkami smakowała jak las, ale drugie danie...! Dorsz w ziołowej panierce również czeka na mnie w moim kulinarnym niebie. Naprawdę dla samego skosztowania go warto było przyjechać do Gdańska. Być może myślicie, że pisząc o jedzeniu za bardzo się ekscytuję, jednak mam nadzieję, że już dawno wyjaśniliśmy sobie, że turystyka gastronomiczna to najlepszy rodzaj podróżowania? Jeśli tak, to dla porządku dodam że pomarańczowy sernik podany na deser był uosobieniem doskonałości. Nawet dla mnie, człowieka który najbardziej lubi serniki o smaku sernika (team bez rodzynek!).

Co było później? Później był pierwszy (i na szczęście jedyny) podczas naszego wyjazdu fakap. Otóż zmęczone podróżą, łażeniem, zimnem i świeżym powietrzem (nie zdajecie sobie sprawozdania* jak to męczy, gdy się przyjedzie z zasmogowanej małopolski i na dzień dobry, bez pardonu dostanie się jodem po nozdrzach!) postanowiłyśmy odpocząć w kinie. Koniecznie studyjnym, więc jeszcze rano sprawdziłam adres i godzinę seansu. Obiad skończyłyśmy 15 minut przed rozpoczęciem filmu. GPS w telefonie pokazywał 10 minut do celu. Co może pójść nie tak? Idziemy. Doszłyśmy. Tylko, że nigdzie nie ma kina. Sprawdzamy ulicę. Zgadza się. Sprawdzamy numer. Ten sam. Sprawdzamy miasto. ... ... ... ... Kurwa. Do dzisiaj nie wiem dlaczego Gdyńskie Centrum Filmowe nie jest w Gdańsku. Taki szczegół. Zupełna drobnostka. Dzień kończymy w kinie sieciowym na polskiej komedii romantycznej. Co prawda brzmi to jak wyrok, niemniej jednak okazało się doświadczeniem całkiem sympatycznym. Minus pan za nami komentujący głośno niektóre sceny i kopiący w fotel Ew. Ale ogólnie "Podatek od miłości" da się oglądać bez zgrzytania zębami. Chyba, że kogoś kopią w fotel, ale to już inna historia.

Poniedziałek dysponujemy jedynie przedpołudniem, więc bez zbędnych ceregieli po szybkim śniadaniu i substytucie gorącej herbaty w postaci Nestea podgrzanej w mikrofalówce (nie róbcie tego w domu!) parę minut po dziewiątej opuszczamy nasz hostel z zamiarem spaceru wzdłuż Motławy. Po drodze wypijamy kawę w hipsterskiej Drukarni, a ja kupuję na pamiątkę zakładkę do książki. Przede wszystkim jednak kontemplujemy urok Gdańska. To naprawdę ładne miasto. Jednak ładne pocztówkowo, urokiem wszystkich starych miast, w których uliczki na starówkach są brukowane kocimi łbami, jest dużo cegły i zadbanych kamienic. Kiedy następnym razem wybiorę się do Trójmiasta (a mam taką cichą nadzieję, że będzie to jeszcze w tym roku), to chyba zatrzymam się w Sopocie. Żeby lepiej czuć bryzę. I na pewno sprawdzę, gdzie tak naprawdę jest Gdyńskie Centrum Filmowe!  

 Nie wierzę w życie pozapociągowe! 












 


 Wspomniane wcześniej zdjęcie rozbierane. Nie wspomniałam przecież z czego się rozebrałam! ;)


 Ładny jesteś, Sopocie!



 Jeśli zastanawiacie się gdzie jest tak #instagramable, to spieszę z informacją, że właśnie w La Bagateli!


 Ogólnie jestem przeciwna robieniu sobie zdjęć w miejscach upamiętniających wojnę, ale w tej sali stworzonej na podobieństwo przedwojennej Warszawy i wyglądającej jak plan "Czasu honoru" nie mogłam się powstrzymać. Zwłaszcza, że mieli też zainscenizowane kino! <3 





 :(:(:(:(

 Rzeczona restauracja nazywa się Dancing Anchor. Wszystko tam jest super - jedzenie, wystrój wnętrza i bardzo miła obsługa. 



 W Gdańsku nawet na początku lutego jest Boże Narodzenie. I ja to szanuję. 



 Na twarzy wypisane szczęście, bo pada śnieg, a ja jestem nad morzem!







 Drukarnia.

Jeśli wydaje wam się, że ten fotel jest zrobiony z tektury, to dobrze wam się wydaje. 



*Wiem, że nie ma takiego sformułowania. Niemniej, używa go moja ciocia, a ja uważam, że jest najlepsze. Amen.


2 komentarze :

  1. Karo, genialnie opisałaś nasz wyjazd! Kocham to uczucie, będąc na molo słyszeć szum fal uderzających o brzeg, a w tle tupot białych mew! Kocham to, że będąc tam nie myślę o niczym, tylko chłonę atmosferę. Może takie wyjazdy poza sezonem staną się naszą nową świecką tradycją? :) Turystyka gastronomiczna to moje hobby numer 1! Dziękuję, że namówiłaś mnie na wizytę w MIIWŚ. Mam nadzieję, że to dopiero początek naszych przygód! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. O mamo! Ale piękne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka