niedziela, 10 czerwca 2018

Dobrze jest mieć rację, albo o Budapeszcie.

Mam dziewięć lat. Rodzice zabierają mnie na pierwsze w życiu zagraniczne wakacje. Pożyczonym od znajomych Oplem jedziemy nad Balaton. W czasach gdy z GPS-ów korzystali wyłącznie naukowcy z NASA, a żeby uruchomić roaming w komórce oprócz przejścia wszystkich technologicznych procedur należało również splunąć przez lewe ramię, trzy razy odmówić "Zdrowaś Maryjo" i skrzyżować palce w nadziei, że cała operacja zakończy się pomyślnie, tracimy z oczu znajomych jadących w samochodzie przed nami. Zjeżdżamy z autostrady dwa zjazdy za wcześnie i zupełnie niespodziewanie znajdujemy się w mieście. Ja z pozycji tylnego siedzenia obserwuję ulice za szybą, przecieram zaspane oczy i już wiem.

Wiem, że w przyszłości bardzo będę chciała poznać to miejsce lepiej, przyjrzeć się bliżej. Jest trochę krakowskie, ale jednak nie do końca, tak naprawdę jest inne niż wszystkie miasteczka, jakie dotąd widziałam. Ulice są trochę szersze, kamienice trochę wyższe, zamek jest trochę niewawelski, mosty trochę dłuższe. Zamiast kopców usypanych nie wiedzieć właściwie po co gdzieś na peryferiach, ma dwa wzgórza w samym centrum, w dodatku z tajemniczymi rzeźbami i wrastającymi w nie budowlami. A na środku rzeki jest wyspa, mamo, dlaczego nie mamy wyspy na Wiśle? Chcę przekonać rodziców, że skoro już i tak się zgubiliśmy to co szkodzi zgubić się trochę bardziej i chwilę pozwiedzać. Niestety z marnym skutkiem, ale mama obiecuje, że kiedyś tu jeszcze wrócimy.

Dotrzymuje słowa. Mam piętnaście lat, jadę na obóz naukowy do Grecji z jej licealistami. Dziewięciogodzinna przerwa dla kierowców autokaru wypada właśnie w Budapeszcie. Robię zdjęcia jak szalona, miasto prawie wcale nie odbiega od moich wyobrażeń. Przyglądam się rzeźbom na Placu Bohaterów, spaceruję mostem z kamiennymi lwami, z oddali oglądam budynek parlamentu, nie kryjąc rozczarowania słowami przewodnika, że jest on za daleko, żeby podejść bliżej. Na ulicy Vaci szukam knajpy w której serwują naleśniki z serem, od pamiętnego pierwszego razu byłam już na Węgrzech kilkukrotnie i to właśnie ta potrwa, a nie jak można by przypuszczać papryka, kojarzy mi się najbardziej węgiersko. Dziewięć godzin mija zdecydowanie zbyt szybko, czas jechać na spotkanie greckich bogów, a ja wiem, że z Budapesztem nie powiedzieliśmy sobie jeszcze ostatniego słowa.

Minęła dekada. Technologia zagościła w naszym życiu na dobre, a ja nabyłam skila w wyszukiwaniu tanich biletów i najlepszych hosteli. Poza tym, tak nam się z Ew dobrze zwiedzało Gdańsk, że strasznie nas nosi, żeby znowu gdzieś pojechać. Bilet w dwie strony na Polskiego Busa za 60 złotych i dwa noclegi w najpiękniejszym na świecie hostelu za 20 Euro przesądzają sprawę. Znowu jestem w Budapeszcie.

Jeździmy metrem starając się zapamiętać strasznie brzmiące nazwy przystanków. W niepewną i trochę deszczową pogodę decydujemy się na wizytę w zoo, co okazuje się strzałem w dziesiątkę (perspektywa deszczu musiała odstraszyć potencjalnych gości). Jemy falafele i hummus, które są tak dobre, że robimy to dwa wieczory z rzędu. W końcu docieram pod ten przepiękny parlament. Kolejnego dnia, tym razem przy pięknej pogodzie, spacerujemy jeszcze więcej. Odwiedzamy wzgórze zamkowe (koniecznie kolejką jak z filmu Andersona) i odkrywamy dzielnicę niemal jeden do jeden jak krakowski Kazimierz (przy okazji jemy tam coś w rodzaju zapiekanki z kurczakiem i konfiturą cebulowo-malinową ---> niebo!) Turystyka gastronomiczna nie zawodzi również, jeśli chodzi o desery, gdyż lody z Gelarto Rosa, nie dość, że smakują przepysznie, to jeszcze są bardzo instagramowalne. Zmęczone, ale szczęśliwe (i pojedzone!) wracamy do domu.

Miło jest wiedzieć, że miało się rację w wieku dziewięciu lat. Jasne, byłam dzieckiem ponadprzeciętnie zapalonym podróżniczo, ale moja wiedza o świecie ograniczała się do przeglądania atlasu pamiętającego czasy PRL-u. Nie znałam miast, nie znałam się na miastach, a jednak ten widok z tylnego siedzenia Opla znajomych miał w sobie coś magnetyzującego. I tak sobie myślę, że to fajnie, że piętnaście lat później ciągle chciało mi się to sprawdzić.

(przymusu nie ma, ale zdjęcia na pewno lepiej wejdą z soundtrackiem ;))


































































1 komentarz :

  1. Moja siata z Reserved na zdjęciu z kozami miażdży :D Prawdziwa Grażyna w miejskiej (wielskiej?) dżungli :D
    Pięknie opisałaś swoje wspomnienia z perspektywy różnym momentów Twojego życia.
    Bardzo Ci dziękuję za ten wyjazd. Gdzie jedziemy następnym razem? :D

    OdpowiedzUsuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka